O trudnej sztuce nadawania imienia - czyli gdzie jest Wally?!

Oczekiwanie na nowe zwierzę w domu to czas radosnych przygotowań. Uwielbiam zwłaszcza wybierać imię! Problem pojawił się, kiedy zwierzątko miało być już nie tylko moje - oto nasza rodzina powiększała się o drugiego (a następnie także o trzeciego - ale to opowieść na inny wpis) kota. Mój mąż rościł sobie takie samo prawo do nadawania imienia, jak i ja. I wtedy starły się dwa światopoglądy, ziemia zadrżała, a gwiazdy nieomal pospadały z nieboskłonu. Moje dwa dotychczasowe koty nosiły imiona bohaterek literackich - Izoldy i Scarlett. Koty mojego męża nazywały się tak jak zapewne tysiące innych kotów na świecie - Kocio i Icek. Jak pogodzić rozhisteryzowaną egzaltację i nudną pospolitość? Cóż, nie było łatwo.

Oliwy do ognia dolewał fakt, że w hodowli witano właśnie miot „W”, a więc kotek powinien mieć imię zaczynające się na tą właśnie literę. Oczywiście, mogłoby być tak, że papiery sobie, a imię sobie, ale skoro już mieliśmy możliwość jakiegokolwiek na to wpływu, postanowiliśmy, że warto wybrać imię, które z nami zostanie. A „W” okazało się wyjątkowo mało poetycką literą. Mój mąż po kolei odrzucał wszystkie moje Wolveriny i Woldemorty (tak, wiem, jak to się pisze w oryginale ;)) argumentując, że imię naznacza osobowość, na co mamy dowód w postaci charakternej Scarlett, a on nie chce mieć w domu puchatego mordercy. Na Wanilia i Werbena tylko się skrzywił. Rozpaczliwie szukałam bohatera literackiego, którego imię byłoby godne tej białej kulki, która miała pojawić się w naszym domu – i nic! Wywiało mi z głowy jakichkolwiek sensownych herosów, czy choćby dżentelmenów! Przeszliśmy więc przez etap totalnej głupawki zaczynającej się Wirusem, przechodzącej przez Wirnika, a na Warbudzie kończącej (mijaliśmy akurat plac budowy…). Nieśmiało zaproponowałam Merlina (ach, to dopiero byłoby imię!) sugerując, że „M” to przecież nic innego jak odwrócone „W”. Jak się domyślacie – nie przeszło.

No i w końcu, ostatecznie, wybraliśmy. Wally. Sympatyczny Wally w pasiastym swetrze, bohater komiksów „Gdzie jest Wally?” – ukrywający się w tłumie okularnik, którego każdorazowo trzeba było znaleźć na barwnych obrazkach.
 
I chociaż nie byłam do końca usatysfakcjonowana, bo imię mało dramatyczne przecież, zgodziłam się nie mogąc zaproponować godnej kontrkandydatury (dlaczego, Watsonie, nie przyszedłeś mi wtedy do głowy?!). Uznałam, że może to być nawet zabawne, jak będziemy szukać kociaka i wołać „Gdzie jest Wally?”, niczym stale bawiąc się pamiętną frazą sprzed lat. Przy okazji urlopu w UK wyszło na jaw, że jesteśmy trendsetterami, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że wszędzie, gdzie się nie obróciliśmy trafialiśmy na gadżety z imiennikiem naszego małego rozrabiaki? Kalendarze z Wally’m, kubki z Wally’m, kalesony z Wally’m… Słowem, mieliśmy nosa.

A sam kot? Cóż, Wally postanowił z nami współpracować i odpowiednio dostosować się do wybranego imienia. Kilka razy dziennie padają w naszym domu nieśmiertelne słowa i przestało nas to bawić już po dwóch miesiącach.
 
Dlatego czasem udajemy, że od początku chodziło nam o Wallec'a ;)


 
Dodaj komentarz
Podaj wynik działania 6 - 10
Dodaj komentarz