Witches can be right, Giants can be good - poważna wyprawa Into the Woods

Irytują mnie ludzie, którzy wybierając się do kina nie sprawdzą na co tak naprawdę się piszą, a potem swoje żale i pretensje wylewają na wszystkich wokół. Niestety taki mechanizm zadziałał w przypadku Into the Woods (polski tytuł – „Tajemnice lasu” – zupełnie mi nie odpowiada, będę się więc posługiwać angielskim) – musicalu świetnego ale trudnego, pełnego okrucieństwa i niesprawiedliwości – i to, że został on przeniesiony na ekran przez studio Disney’a niewiele tu zmienia. Oczywiście historia została złagodzona, nadal jednak jest to historia z niewygodnymi wnioskami o naszej moralności, przeznaczona raczej do dorosłego widza niż dziecka (wspominam o tym dlatego, że to rodzice najczęściej wydają się rozczarowani seansem, na które zabrali swoje pociechy). W rezultacie film spójny, trzymający się konsekwentnie wybranej konwencji, ze świetnymi piosenkami, dobrze zrealizowany i z dobrym aktorstwem, zbiera raczej słabe oceny i marne recenzje. Moim zdaniem dość niesłusznie.
 
Problem może polegać na tym, że widzowie przyzwyczajeni ostatnio modnym trendem przedstawiania nam baśni na nowo, inaczej, reinterpretacji czy przenoszenia do współczesnych czasów, tego samego mogą oczekiwać od Into the Woods. A tymczasem sednem tego musicalu jest raczej pokazanie, że nasze motywacje (choćby wydawały nam się najwznioślejsze) są często niczym innym jak egoistycznym realizowaniem własnych celów z kompletnym brakiem poszanowania dla innych. Co gorsza, kiedy już dopniemy swego, może okazać się – a w Into the Woods okazuje się w każdym przypadku – że to, o co tak zabiegaliśmy, jest niczym więcej jak rozczarowaniem.


Kilka słów o fabule. Ponieważ libretto sztuki można przeczytać bez żadnych problemów w Internecie, pozwoliłam sobie na spoilery w kolejnych dwóch akapitach – jeśli nie znacie historii i chcecie mieć niespodziankę, omińcie je i wróćcie do czytania od trzeciego. W prologu zostają nam przedstawieni główni bohaterowie opowieści – Kopciuszek, Jack (ten od Olbrzymów), Czerwony Kapturek oraz Piekarz i jego Żona. Wszyscy oni o czymś marzą, czegoś chcą, i nie zawahają się przed niczym by to zdobyć. Najwyraźniej rysuje się motywacja Piekarza i jego Żony – marzą o dziecku – więc kiedy zła wiedźma zjawia się u nich z sąsiedzką wizytą by powiedzieć jak zdjąć rzuconą przez nią samą klątwę bezdzietności – bez wahania wyruszają do lasu po niezbędne składniki magicznego eliksiru. Tak się jednak składa, że brakujące ingredienty znajdują się w posiadaniu pozostałych bohaterów – złoty pantofelek wiecznie uciekającej przed swym Księciem Kopciuszka, czerwony jak krew płaszcz dziewczynki sprowadzonej na złą ścieżkę przez złego Wilka (tak, to ma brzmieć z takim podtekstem i tak, Johny Depp w swojej krótkiej roli Wilka jest absolutnie fantastyczny), biała jak mleko krowa – przyjaciel małego Jacka. Plus blond włosy – całe szczęście, że po drodze napatoczy się wieża z Roszpunką. Okazuje się, że nasi poczciwi Piekarz z Żoną nie cofną się przed kłamstwem, oszustwem, kradzieżą czy napaścią na inne postaci – byle tylko dosatć to, czego pragną. Przy czym pozostali bohaterowie też święci nie są, kiedy więc ostatecznie wszyscy dostają swój happy end, oddychamy z pewną ulgą – rodzi się dziecko, Kopciuszek ma swojego Księcia, Książe ma swoją uciekającą piękność, Wiedźma odzyskuje urodę, Jack – krowę, matka Jacka - bogactwo dzięki zrabowanym Olbrzymom skarbom, Roszpunka – wolność, Książę nr 2 – Roszpunkę… I nagle okazuje się, że to wszystko nie jest funta kłaków warte. Kiedy królestwo jest pustoszone przez szukającą sprawiedliwości żonę zabitego przez Jacka Olbrzyma, bohaterowie ponownie trafiają do lasu i zupełnie gubią się w swoich pragnieniach.


Stara prawda, że nie o to chodzi by złapać króliczka ale by gonić go, potwierdza się dla Księcia, który przy pierwszej okazji uwodzi Żonę Piekarza i z rozbrajającą szczerością przyznaje, że został wychowany by być czarującym, nie wiernym. Kopciuszek też już jakby straciła pewność co do tego czy chce żyć w pałacu, a Piekarz najchętniej uciekłby od odpowiedzialności jaką niesie za sobą wychowywanie dziecka. Najwięcej zrozumienia dla magii lasu dociera wreszcie do Żony Piekarza („Moments in the Woods”), jednak nie dane jest jej cieszyć się zbyt długo tą wiedzą. W obliczu zagrożenia zaczyna się festiwal wzajemnych oskarżeń doskonale odmalowany w świetnej piosence „It’s your fault”. Wiedźma, zdegustowana całą sytuacją, odcina się od społeczności kłamców i złodziei – jak ich nazywa w „Last Midnight” – i woli już poddać się klątwie swojej matki niż dalej uczestniczyć w przedstawieniu. Pozbawieni magicznych mocy bohaterowie będą musieli zmierzyć się z kolejnymi moralnymi dylematami („No one is alone”) by ostatecznie zjednoczeni odnaleźć swoją ścieżkę wyprowadzającą z lasu.
 
Piosenki w tym musicalu są doskonałe. Bardzo ważny jest tekst, nie chodzi o samą melodyczność, gdyż ta nie jest aż tak oczywista. Z całą pewnością zostają jednak w głowie, a ich podwójne dno daje do myślenia długo po wyjściu z kina. Wspomniany już przeze mnie utwór „Last Midnight”, w którym grana przez Meryl Streep Wiedźma obnaża bardzo uniwersalną prawdę o moralności swoich współtowarzyszy:

You're so nice.
You're not good,
You're not bad,
You're just nice.
I'm not good,
I'm not nice,
I'm just right.
I'm the Witch.
You're the world.
 
jest po prostu genialny, aktorsko i wokalnie doskonały i z całą pewnością jest to jedna z najlepszych wśród wielu innych bardzo dobrych piosenek w tym filmie. A ma silną konkurencję – jak choćby w postaci karykaturalnej „Agony” – gdzie dwóch zadufanych w sobie Książąt prześciga się w opisywaniu swoich miłosnych męk i tęsknot. Książe nr 1 to w ogóle ciekawy przypadek przerysowania do granic dobrego smaku wyobrażenia o Prince Charming (bardzo dobrze dobrany do roli Chris Pine) i na jego przykładzie widać chyba najlepiej teatralną konwencję jaką wybrali twórcy filmu - nikt tutaj nie próbuje nam wcisnąć na siłę niby-realizmu, przez cały czas wiemy, że oglądamy przypowieść o życiu w teatralnych dekoracjach, jednak żadna z postaci nie jest aż tak stereotypowa jak Książę – piękny, zakochany i z tęsknoty za ukochaną rozdzierający z żalu koszulę na tle malowniczego wodospadu. Co, jak już pisałam, nie przeszkadza mu zdradzić tejże ukochanej jak tylko straci ją na chwilę z oczu. Naprawdę ciężko zdecydować się, o której piosence jeszcze wspomnieć, którą pominąć, gdyż właściwie każda mi się podobała. Zamiast więc łamać sobie głowę nad wyborem czy lepiej wspomnieć o niezdecydowaniu Kopciuszka w „On the steps of the palace”, uwodzicielskim tonom w „Hello, Little Girl” Wilka czy gorzkim nutom w odpowiedzi Kapturka „I know things now” – polecam Wam wszystkie podczas kinowego seansu. Naprawdę warto. Tylko nie zabierajcie dzieci.


 
P.S. Nie powstrzymam się i zapytam Was słowami Wiedźmy:

„Told a little lie,
Stole a little gold,
Broke a little vow,
Did you?

Had to get your Prince,
Had to get your cow,
Had to get your wish,
Doesn't matter how-
Anyway, it doesn't matter now.”
(“Last Midnight”)


Robin of the Enchanted Forest
22 Lutego 2015 18:02:48
I did. And I had never second thoughts or doubts about it. Even though I might not be proud of what I did. But that's how Robin is.
Odpowiedz
 
Dodaj komentarz
Podaj wynik działania 6 - 10
Dodaj komentarz