"Moja siostra, moja miłość" - J.C. Oates

„-Przecież cały ból, który odczuwamy, jest w naszych głowach, mamusiu. Ból rejestruje się wyłącznie w mózgu i jeśli go czujemy, to znaczy, że jest prawdziwy.
Mamusia roześmiała się z irytacją.
- Jezus potrafi ująć nam bólu, jeśli taka Jego wola. (…) Ból Bliss nie jest prawdziwy, a jeśli jest prawdziwy, to Jezus go od niej zabierze. I Bliss Rampike zdobędzie mistrzostwo Turnieju Szaleństw na lodzie i tatuś będzie z nami na lodowisku, będzie oglądał, jak ją koronują, i tego wieczoru będziemy świętowali całą rodziną, a potem tatuś pojedzie z nami do domu.” ("Moja siostra, moja miłość" J.C. Oates
)

Dużo dobrego słyszałam o książkach Joyce Carol Oates, ale kiedy jakiś czas temu spróbowałam przeczytać „Córkę grabarza” potknęłam się o ciężką depresyjność pierwszych stron i dałam sobie spokój. Aż do kolejnej wizyty w bibliotece, kiedy to w moje ręce wpadła wreszcie „Moja siostra, moja miłość” – i dałam się skusić.
Już po kilku pierwszych stronach wiedziałam, że książka nie będzie łatwa i przyjemna. I że szalenie mi się spodoba.

Nastoletni Skyler opowiada w niej historię krótkiego życia, oszałamiającej kariery i brutalnej śmierci swojej małej siostrzyczki – cudownego dziecka, wspaniałej łyżwiarki – Bliss Rampike. Bogaci rodzice, ekskluzywna dzielnica, doskonałe szkoły – za tą fasadą amerykańskich przedmieść często kryją się prawdziwe, choć nieoczywiste, dramaty. W świecie gdzie wyznacznikiem sukcesu są kręgi towarzyskie, w których się obracasz, rodzice Skylera i Bliss pogubili się po drodze, stracili z oczu swoje dzieci, a widzieli jedynie tabloidowe nagłówki i telewizyjne reflektory. W świecie, w którym mała dziewczynka żyje w przekonaniu (nie bez racji, niestety), że jest ważna i kochana jedynie tak długo, jak długo odnosi zwycięstwa, tylko jej kilka lat starszy brat widzi jej samotność i strach. Mały mężczyzna mamusi, który nagle zszedł na dalszy plan i musi przełknąć swoją zazdrość i upokorzenie, by stać się oparciem dla coraz bardziej zagubionej siostry. A ileż oparcia jest w stanie dać dziewięciolatek? I co ma zrobić kiedy już wie, że nie dał rady? Bo mała Bliss zostaje zamordowana, we własnym domu - tajemnicza zbrodnia, która nigdy nie zostaje do końca rozwiązana, rodzinna tragedia, która ma być może drugie dno, opuszczony chłopiec, który nie potrafi poradzić sobie z tym co się stało i dlatego próbuje odtworzyć wydarzenia relacjonując, dla nas, czytelników, całą historię, a może robi to dla siebie, żeby zrozumieć, żeby sobie przypomnieć o czym kazano mu nie pamiętać…
Pewnie nie znajdzie się wiele osób, które pochwalałyby amerykańskie wybory „małych miss” – dziwne konkursy dla małych dziewczynek ubranych i wymalowanych jak dorosłe kobiety (chociaż – czy jakaś dorosła kobieta ubiera się tak i maluje?), którym zawzięcie kibicują fanatyczne matki podpowiadając z miejsca dla publiczności te okropne układy, w których kilkulatki prężą się w obcisłych kostiumach i kusząco kręcą biodrami, rozsyłają całusy i mrugają zalotnie – pewnie nie. A jeśli tak, ta książka powinna ostatecznie otworzyć im oczy na to, co robi się tym dzieciom. Bo Bliss żyła bardzo podobnym życiem – faszerowana lekami przeciwbólowymi, zmieniana nie do poznania w gabinetach kosmetycznych i fryzjerskich, ubierana w seksowne stroje i uczona odpowiednich układów tanecznych, a także tego jak powinna się uśmiechać i co mówić… Wszystko obliczone na jak największy efekt przez jej neurotyczną, despotyczną, fanatycznie religijną matkę, do której naprawdę ciężko wzbudzić w sobie sympatię.
Fascynująca i przerażająca książka, do tego fantastycznie napisana. Wiarygodna narracja, wciągający sposób opisywania zdarzeń i porywająca historia… Mogę tylko polecać, polecać i jeszcze raz polecać.

 
Dodaj komentarz
Podaj wynik działania 2 + 6
Dodaj komentarz